Poradnik konsumenta - wizyta w salonie operatora? Nie wszystko jest takie oczywiste…
Czy jedna niepozorna wizyta u operatora telekomunikacyjnego w salonie może skończyć się wielomiesięcznym sporem? Czy przedsiębiorca zawsze ma rację, gdy powołuje się na opinię serwisu?
I czy można pójść do salonu po nową kartę, a wyjść z niechcianym abonamentem? Przypadki trafiające do Powiatowego Rzecznika Konsumentów pokazują, że w starciu z korporacją nie jesteśmy bezbronni, pod warunkiem, że znamy swoje prawa.
Ekran pękł sam w smartfonie? Magiczne „uszkodzenie mechaniczne”. W pierwszym z opisywanych przypadków konsument kupił nowy telefon, w którym po niespełna trzech tygodniach zgasł ekran. Urządzenie od początku było chronione etui i szkłem, nie upadło ani nie zostało zalane. Co ważne, pracownicy salonu przyjmujący sprzęt wpisali w protokole: „brak śladów użytkowania”. Mimo to serwis stwierdził uszkodzenie mechaniczne i zażądał opłaty za naprawę. Czy w takiej sytuacji sprawa jest przegrana? Absolutnie nie. Kluczem jest rozróżnienie dwóch trybów: gwarancji oraz reklamacji z tytułu niezgodności towaru z umową.
W przypadku gwarancji warunki dyktuje gwarant (często producent). Jeśli jednak składamy reklamację z tytułu niezgodności towaru z umową do sprzedawcy, chronią nas przepisy ustawy. Jeżeli wada ujawni się w ciągu dwóch lat od wydania towaru, prawo przewiduje tzw. domniemanie, że istniała ona już w chwili zakupu. To nie konsument musi udowadniać swoją niewinność, to przedsiębiorca, chcąc odrzucić reklamację, musi dowieść, że usterka powstała z winy użytkownika. Samo ogólne hasło serwisu o „uszkodzeniu mechanicznym” nie wystarczy, ponieważ czarny ekran może być też wynikiem wad fabrycznych (np. taśmy wyświetlacza).
W tej konkretnej sprawie o wygranej zdecydował jeszcze jeden istotny szczegół, czas. Przedsiębiorca ma obowiązek odpowiedzieć na reklamację w ciągu 14 dni (dni kalendarzowych nie roboczych). Jeśli tego nie zrobi, reklamację uważa się za uznaną. Ponieważ salon spóźnił się z odpowiedzią, po interwencji Rzecznika musiał naprawić telefon na swój koszt.
Druga historia dotyczyła seniora, który przyszedł do salonu opłacić rachunek i przy okazji poprosił o zwykłą kartę SIM bez abonamentu. Pracownik poprosił o dowód osobisty i podpisy pod kilkoma dokumentami, zapewniając, że to formalności związane wyłącznie z wydaniem karty.
Po pewnym czasie zaczął jednak otrzymywać informacje sms o naliczanych opłatach oraz wiadomości wskazujące, że dokumenty przesyłane są na adres e-mail, którego jak twierdził, nigdy nie posiadał. Gdy wrócił do salonu po kopie dokumentów, okazało się, że nieświadomie podpisał 24-miesięczną umowę abonamentową. Próby złożenia reklamacji na miejscu były ignorowane przez obsługę, która nie chciała wydać potwierdzenia zgłoszenia.
Dopiero interwencja Rzecznika Konsumentów zmusiła operatora do wewnętrznej kontroli. Przedsiębiorca przyznał, że pracownicy salonu nie zarejestrowali wcześniejszych skarg klienta. Ostatecznie umowę rozwiązano bez żadnych kosztów, numer przeniesiono na kartę, a niesłusznie naliczone opłaty anulowano.
Podsumowując, nie podpisujmy dokumentów, jeżeli nie mamy całkowitej pewności, czego dotyczą. Mamy prawo zapytać, jaki rodzaj umowy zawieramy, na jaki okres będzie obowiązywała oraz jakie opłaty będziemy ponosić. Zawsze prośmy o egzemplarz podpisanej umowy i zachowajmy go. Jeżeli składamy reklamację w salonie, żądajmy pisemnego potwierdzenia jej przyjęcia albo złóżmy ją w sposób, który pozwoli udowodnić, że została zgłoszona. W razie wątpliwości lub podejrzenia, że zostaliśmy wprowadzeni w błąd, warto jak najszybciej zwrócić się o pomoc do Powiatowego Rzecznika Konsumentów.
Miłosz Niedźwiecki
Powiatowy Rzecznik Konsumentów
